Wszystkich chętnych do informowania o nowościach proszę ślicznie o wpisanie się do księgi.

Rozdział VIII - Początek końca

Dodano: wtorek, 2 listopada 2010 10:56:27
Komentarz: komentarze [18]


Czarne włosy Melanie leżały rozrzucone na jasnych poduszkach. Jej pierś unosiła się wolno w miarowym oddechu, a reszta ciała pozostawała nieruchoma. Jedynie jej powieki drgały jeszcze leciutko, dając znać, że dzieje się pod nimi coś niezwykłego. Miała na sobie wciąż to samo ubranie, co wcześniej, bowiem Lucyfer jej nie rozebrał. Nagle kołdra zmarszczyła się gwałtownie, jakby ktoś przycupnął na materacu tuż obok kobiety, a chwilę potem niesforny lok został strącony z jej czoła przez niewidzialną dłoń. Ktoś pogładził ją po policzku i obróciła się na bok, wtulając twarz w poduszkę. Gdy Lucyfer wpadł do pokoju zbudziła się, podnosząc nieco na łokciu.
- Myślałam, że sugerowałeś porządne wyspanie się – oświadczyła z nadąsaną minę, przecierając zaspane oczy.
Nie patrzył jednak na nią; jego bursztynowe oczy wpatrywały się w szeroko otwarte okno, które z pewnością zamykała przed snem. Ona również na nie spojrzała, przekrzywiając głowę.
- Tego nie pamiętam – stwierdziła dziecięcym tonem.
Zamknął ostrożnie okiennicę, rozglądając się bacznie i w końcu siadając obok Melanie. Jego palce zatańczyły po skórze ramienia kobiety, a usta znalazły się niebezpiecznie blisko jej warg. Wpatrywała się w przystojną twarz mężczyzny z nieokreślonym wyrazem twarzy, mieszczącym się gdzieś pomiędzy zaskoczeniem a zachwytem.
- Wiesz, że będę cię chronił, prawda, Melanie? – spytał cichutko, ale mimo to usłyszała każde słowo niczym uderzenie gongu. Pokiwała lekko głową w odpowiedzi. – Jesteś moim skarbem – dodał zanim ich usta spotkały się wreszcie.
Przylgnęła do niego, obejmując szyję Lucyfera ramieniem, oddając pocałunek z pasją, której nigdy by się po sobie nie spodziewała. Ledwie go znała, a mężczyzn w takim typie unikała jak ognia, wybierając zawsze wrażliwców lub nikogo. Wiedziała, że uleganie tej pokusie było złe, ale czy mogło być coś lepszego niż robienie rzeczy dokładnie wbrew sobie? Kiedy pozbawiał ją ubrania, rozbierając też siebie nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie zbliży się do niej ostatecznie, kiedy będzie musiała się mu poddać. Patrzyła prosto w jego oczy, czując jakby zapadała się w siebie, nie pozostawiając w swoim umyśle nawet najmniejszej myśli czy wspomnienia. Widziała tylko źrenice, wpatrzone w nią z intensywnością o której nie miała wcześniej pojęcia. Jego nagie ciało przyciskało się do niej, zmuszając do reakcji i jedynym, co mogła jeszcze zrobić, było zaczerpnięcie oddechu, który i tak zaraz miał jej zabrać.
Oddawała się mu przez całą noc, za każdym razem ofiarowując kawałeczek siebie.

***

Keely nie znosiła tego miejsca; Podziemie zawsze kojarzyło jej się z czymś złym i nieprzyjaznym, co było dziwne – przecież była demonem. Kilka wizyt w tym miejscu zakończyło się dla dziewczyny niemal tragicznie. Wracała stąd wyśmiana, poruszona bądź zwyczajnie zła. Tym razem wbiła wzrok w ziemię, milcząc, gdy Kyle prowadził ją przez labirynt przerażająco jasnych korytarzy.
- Nie rozumiem czemu nas tu wezwał. Jakby nie mógł porozmawiać z nami w domu – wymamrotała pod nosem.
- To jest nasz dom, Kee – poprawił ją brat.
- Może twój, ja wychowałam się na powierzchni.
Nigdy nie miała zapomnieć pierwszego spotkania ze swoim bliźniakiem. Dwudzieste drugie urodziny, które jak zwykle spędzała samotnie, diametralnie zmieniły jej życie. Była jedynie urzędniczką w banku, bawiącą się w hakerkę dla sportu i przetrwania zarazem. Warunki w zakładzie zamkniętym, do którego trafiła jej matka zaraz po narodzinach Keely nawet w połowie nie spełniały norm dziewczyny. Odkąd w wieku piętnastu lat zaczęła sama zarabiać, stopniowo przenosiła ją do coraz lepszych ośrodków. Gdy odkryła u siebie talent do – nie bała się tego powiedzieć – machlojek finansowych mogła umieścić rodzicielkę gdzie tylko chciała. Luksusowy zakład, w którym matka przebywała po dziś dzień nie należał do najtańszych, ale była jej to winna. Keely wychowała babcia - zabobonna, stara kobieta. O ojcu od dziecka słyszała tylko, że „zmienił jej matkę w to, czym się stała”. Aż do tamtego dnia.
Owszem, okradała wpływowych i oszukujących urząd skarbowy podatników, ale nie wstydziła się tego. Należało im się, a w zamian za kilka włamań na konta mogła zapewnić swojej matce godziwe życie. Jednak nigdy wcześniej żaden z okradzionych przez nią obywateli nie stanął w drzwiach z płonącą kulą w dłoni. Chciał ją zabić, to było oczywiste. Coś jednak chroniło dziewczynę od środka, jak już tyle razy wcześniej – gdy spadała z wysokiego ogrodzenia, gdy samochód zatrzymywał się nagle o centymetry przed nią na ulicy, gdy złodziej potykał się, próbując wyrwać torebkę.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że napastnik ma te same rysy twarzy, włosy i kolor oczu oraz że w identyczny sposób przekrzywiają głowy, patrząc na siebie ze zdumieniem. I tak Keely poznała Kyle’a, swojego brata bliźniaka.
Kyle powiedział jej o wszystkim – o Lucyferze, o swoich narodzinach, o tym jak możliwe było spłodzenie i narodziny obojga dokładnie w tym samym momencie, ale z różnych matek. O ile historia ich poczęcia mogła się jeszcze być prawdopodobną, o tyle cała reszta wydała się jej jedną wielką bujdą. Nie wierzyła dopóki nie zabrał jej do Podziemia. Potrzebowała przeszło trzech lat, by zrozumieć czym była, co się stało z jej matką i dlaczego Lucyfer je opuścił, podczas gdy Kyle dorastał w cieniu szczęścia i ojcowskiej miłości.
Matka Kee była nadzieją na wypełnienie zakładu i okrutnie zawiodła, tracąc rozum. Rodzicielka Kyle’a natomiast była demonem, w niej Lucyfer nie pokładał żadnych szans, a chłopiec stał się jego pupilkiem. Wychowane przez demony dziecko powinien być zdaniem Keely złe do szpiku kości – tak się jednak nie stało. Był irytującym, skorym do walki i zadufanym w sobie dupkiem, ale do zła w czystej postaci miał raczej daleko.
Szła teraz obok niego, przygryzając nerwowo dolną wargę i wpatrując się w dumny, szlachetny profil chłopaka. Keely myślała czasem, że Kyle jest najpiękniejszą istotą we wszechświecie – i pewnie tak w istocie było. Dziewczynie zdarzało się też zapominać, że są spokrewnieni i przyłapywała się na gapieniu się na niego albo rozmyślaniu bracie w sposób, który daleki był od siostrzanej troski. Usprawiedliwiała się tym, że w końcu przez dwadzieścia dwa lata nie był jej bratem i czasem nadal nie czuła między nimi ani krztyny pokrewieństwa. Była więc rozgrzeszona – o ile można tak było powiedzieć.
Gdy znaleźli się w komnacie Lucyfera poczuła się przygnębiona. W porównaniu z stosunkowo pogodnymi korytarzami, pomieszczenie przytłaczało ciemnością i ciężką, nieprzyjemną atmosferą. W powietrzu unosił się zaduch, zupełnie jakby znajdowali się w starożytnej świątyni, a pod sufitem unosił się oddech stuleci, spoglądający na nią z politowaniem. Sam właściciel siedział w dużym, obitym pluszem fotelu, założywszy stopę na kolano drugiej nogi. Trzymał w smukłych dłoniach nieco nadgryziony zębem czasu tomik, przerzucając swobodnie cienkie karteluszki.
- Miło, że wpadliście – odezwał się nagle i Keely o mało co nie podskoczyła. – Napijecie się czegoś?
- Rany, zawsze musisz się tak starać, żebyśmy czuli się tu normalnie? Wiesz, że to niemożliwe – odparła cicho, rozglądając się po półkach zastawionych licznymi książkami i zwojami. Regały ustawione pod ścianami sprawiały jeszcze bardziej przytłaczające wrażenie i cieszyła się, że nie cierpi na klaustrofobię.
- Szczerze mówiąc chętnie napiłbym się tego twojego... – zaczął Kyle, ale Lucyfer szybko uniósł w górę dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym.
- Ani słowa o moim eliksirze, Kyle. Odkąd Maureen została odesłana jest on towarem deficytowym. Poza tym i tak ci go nie trzeba. Masz w sobie wystarczająco dużo uroku.
Chłopak uśmiechnął się, a potem zaczął pogwizdywać pod nosem. Wreszcie rzucił się z rozpędem na wielkie łoże z baldachimem, stojące na niedużym podwyższeniu. Lucyfer obejrzał się przez ramię, a potem wrócił wzrokiem do książki. Keely stała w milczeniu, przyglądając wybrzuszeniu, które nieoczekiwanie pojawiło się pod kołdrą. Obserwowała, jak poruszało się powoli, niemal leniwie pod pościelą, sunąc w stronę Kyle’a. Tajemnicze „coś” wyłoniło się nieoczekiwanie spod kołdry, ku zdumieniu bliźniąt. Dziewczyna miała rude, niemal czerwone włosy, smukłe, gładkie ciało i ogromne zielone oczy, wpatrzone w niego jakby był jedyną istotą na ziemi. Kyle również się na nią gapił, mrugając raz po raz, lustrując jasnymi oczami jej nagie ciało. Keely zacisnęła dłonie w pięści, zerkając na ojca, który wcale się tym małym spektaklem nie przejmował.
- Ma na imię Naima. Nie krępuj się, Kyle – powiedział z lekkim uśmiechem Lucyfer.
Keely aż zatrzęsła się z oburzenia, gdy jej brat pociągnął dziewczynę za nadgarstek, przewracając ją na łóżko. Przymknęła powieki i cicho policzyła do pięciu, co zawsze ją uspokajało.
- Wezwałeś nas z jakiegoś konkretnego powodu czy po prostu chciałeś mnie zirytować? – spytała, siląc się na rzeczowy ton.
- Keely, ja nigdy do końca nie zrozumiałem twoich humorów. – Lucyfer spojrzał na nią po raz pierwszy odkąd weszła do pokoju. Wytrzymała spojrzenie jego bursztynowych oczu z dumnie uniesionym podbródkiem. – Owszem, wezwałem was, bo mam do was... prośbę.
Keely westchnęła z irytacją, słysząc głośny chichot docierający do nich spod narzuty. Założyła ręce na piersi i skupiła się wyłącznie na Lucyferze.
- Czego owa prośba dotyczy?
- Chcę, żebyście zajęli się Melanie. Mam wrażenie, że moje zainteresowanie sprowadziło na nią uwagę innych, a to jest ostatnia rzecz, jakiej bym chciał – odparł były archanioł, odkładając książkę na nieduży stoliczek.
- Boisz się, że przeszkodzą w wypełnieniu zakładu? – zapytała cicho.
- Kee, czasem twoja inteligencja i znajomość rzeczy mnie poraża...
- Nie kpij ze mnie – zirytowała się. – Podejrzewasz kogoś konkretnego?
- Tak, ale sam się tym zajmę. Póki co chcę tylko, żebyście jej... popilnowali. No, wiesz – gdzie chodzi, co się z nią dzieje, czy nikt przypadkiem nie usiłuje jej zmusić do powieszenia się w kabinie prysznicowej i tym podobne.
- Jasne – ucięła jego wypowiedź. – A ty będziesz uganiać się za tajemniczym wrogiem, tak?
Zza pleców Lucyfera dobiegło ich głośno, prawie żałosne westchnięcie, które aż za dobrze znała. Niestety, nie z własnego doświadczenia. Keely skrzywiła się z niesmakiem, natomiast Lucyfer uśmiechnął szeroko.
- Jeśli cokolwiek ci to mówi, to idę poszukać Niewidzialnego – powiedział mężczyzna, przyglądając się jak Naima wytacza się z gracją z łoża. Jej zarumienioną twarz okraszał szeroki, nieco rozmarzony uśmiech.
- Powinieneś być dumny ze swojego syna – odezwała się melodyjnym głosem, który przypomniał Keely opowieści o syrenach.
- Jestem. Każdego dnia.

***

Ziggy podświadomie czuł, że mają przerąbane. Szefowa nie pozwalała na rozprowadzanie w jej lokalu narkotyków, a mimo to zjawili się tutaj razem ze Stardust, w torbach mając co najmniej pół kilograma najczystszej kokainy na świecie. Wolał nie myśleć, co zrobiłaby z nimi, gdyby się tylko o tym dowiedziała. Chudzielec siedział jak na szpilkach, co i rusz rozglądając się nerwowo po barze, podczas gdy jego towarzyszka zaczynała rozpracowywać nowoprzybyłych. Mogli wystawiać tę sztukę z zamkniętymi oczami; Stardust prześlizgiwała się pomiędzy gośćmi klubu, rozpracowując każdego po kolei, a Ziggy czekał na umówiony sygnał. Potem podchodził do delikwenta, obiecując mu raj na ziemi za jedyne kilka setek zielonych, szeleszczących dolarów. Prawdę mówiąc, zdawał sobie sprawę, że bez swojej partnerki był nikim. On, nienaturalnie chudy i wysoki, z przerzedzonymi włosami i wypukłymi, zielonymi oczami mógł co najwyżej występować w roli stracha na wróble. O Stardust natomiast można było napisać poemat – i pewnie nie raz się to komuś zdarzyło. Patrzyła teraz na niego swoimi pięknymi, ciemnobrązowymi oczami, przywołując do siebie umówionym ruchem. Odgarnęła z twarzy kaskadę rudych loków i uśmiechnęła się promiennie do przyszłego klienta.
- Gwarantuję ci – nie zapomnisz tego haju do końca życia – powiedziała swoim głębokim kontraltem, przesuwając smukłą dłonią po ramieniu mężczyzny.
- Szkoda, że nie możesz mi towarzyszyć, maleńka – odparł, oblizując spierzchnięte wargi w najbardziej obleśny sposób, jaki Ziggy miał okazję kiedykolwiek zobaczyć. Stardust nie drgnęła nawet powieka, jakby zachowanie klienta było dla niej najnormalniejsze w świecie.
Demon skrzywił się nieznacznie, wręczając przyjaciółce nieduży woreczek. Kobieta przekazała go klientowi, który chwycił ją mocno za nadgarstek, przyciągając do siebie. Ziggy zauważył, że brakowało mu dwóch palców w każdej z dłoni, przypominających wykręcone artretyzmem ręce starca. Bez namysłu zdzielił intruza w głowę swoją cienką laską zanim tamten zdążył przyciągnąć do siebie dziewczynę.
- Kostropate łapska przy sobie, śmieciu – warknął do niego, wyszarpując z pokracznych dłoni demona należność.
- Pierdol się! – wrzasnął tamten, zrywając się z krzesła.
- Odezwij się jeszcze raz, a zawołam ochronę! – syknęła Stardust.
- Ochronę? Nie bądźcie śmieszni! Wszyscy wiedzą, że tu nie można sprzedawać – podniósł zdecydowanie głos – narkotyków!
Kilka głów obróciło się w ich stronę, patrząc na nich z zainteresowaniem. Ziggy zerknął na kobietę i od razu wiedział – znów traciła rezon w najmniej odpowiednim momencie. Stardust zbladła gwałtownie i zaczęła jej drżeć dolna warga, jakby zaraz miała się rozpłakać. Ziggy przewrócił oczami i pociągnął ją za łokieć, prowadząc ku wyjściu. Na ich nieszczęście jak spod ziemi wyrósł przed nimi rosły ochroniarz, zastępując drogę.
- Szefowa zaprasza do swojego gabinetu – oświadczył surowo, wskazując im palcem kierunek. Ziggy i tak znał drogę aż za dobrze, więc prychnął tylko lekceważąco, ciągnąc za sobą towarzyszkę.
- Mamy przerąbane, mamy przerąbane... – mamrotała pod nosem i miał ochotę jej przylać.
Przed drzwiami gabinetu zatrzymał się, łapiąc ją za ramiona i potrząsając mocno.
- Gwiazdeczko, masz się w tej chwili uspokoić, bo inaczej oboje skończymy... dobrze wiesz, gdzie. I chyba zdajesz sobie sprawę, że żadne z nas nie chce tam wrócić, prawda? – Jego głos był spokojny i opanowany, co nieco poprawiło stan dziewczyny. W odpowiedzi pokiwała wolno głową. – A teraz bardzo cię proszę, abyś się nie odzywała, dla twojego i mojego dobra.
Ziggy chwycił za klamkę, przekręcając ją i wchodząc do środka. Pomieszczenie nie było przesadnie duże, za to dość mroczne. Sprawiało jednak wrażenie przytulnego, mimo ciemnego, czerwonego światła i braku okien. Wzdłuż trzech ścian ustawiono różnego rodzaju kanapy, przy czwartej natomiast stało długie, wąskie biurko. Znajdował się na nim wszelkiego rodzaju sprzęt elektroniczny, od laptopa zaczynając, na ekspresie do kawy kończąc. Na jednej z kanap siedziała Szefowa, trzymając na kolanach drugiego laptopa i stukając zawzięcie w klawisze.
- Ziggy i Stardust, zawsze miło was widzieć – oznajmiła cichym, zrównoważonym głosem, jakby w ogóle nie zwracała uwagi na głośną muzykę dudniącą w sąsiednich pomieszczeniach. Podniosła się z kanapy, odkładając komputer i przyglądając się im uważnie. – Znowu wpadliście w tarapaty w moim klubie?
Ziggy zawsze ją lubił, co nie przeszkadzało mu robić pod siebie za każdym razem, gdy się spotykali. Miała długie, proste i jasne włosy sięgające aż do wąskiej talii, przejmująco błękitne oczy oraz najpiękniejszą twarz, jaką można sobie było wyobrazić. Bardzo starał się nie gapić na jej idealną sylwetkę i śliczne usta, ale było to zbyt trudne. Uśmiechnęła się nieco łobuzersko i podeszła do nich, wyciągając dłoń.
- No dobra, a teraz jazda. Wszystko, co macie – rozkazała.
Sturdust bez namysłu sięgnęła do kieszenie Ziggy’ego, wyciągając z nich foliowe torebeczki mimo jego głośnych protestów. Chwilę potem wszystkie spoczywały na ręce Szefowej, która wyglądała na bardzo zadowoloną.
- Wiecie, że was lubię i tylko dlatego nie wylecieliście stąd na zbite pyski. Toleruję w tym barze wszystko – alkohol, papierosy, cygara, cygaretki, seks w dziwnych pozycjach i inne zagadnienia z tego zakresu, ale narkotyki to dla mnie tabu. Po prostu tego jednego draństwa nie zniosę. – Umilkła, a po chwili na jej dłoni rozpętał się mały pożar, doszczętnie spalając cały ich zapas kokainy. - Już byłoby dla was lepiej, gdybyś został jej alfonsem – zwróciła się do Ziggy’ego. Ten mruknął coś pod nosem, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Wybacz nam, Emeline, to się więcej nie powtórzy – poprosiła Stardust, składając dłonie jak do modlitwy.
- Wiem, że się nie powtórzy. Inaczej dostaniecie ode mnie bilet w jedną stronę do Podziemia.
Emeline obróciła się na pięcie, przysiadając z powrotem na jednej z sof.
- Napijecie się czegoś? Whisky albo wina? – zaproponowała, czekając aż obydwoje usiądą.
- Zdradź mi, Emeline – odezwał się do niej demon – jak to robisz, że twój mały przybytek hazardu, używek i kurestwa radzi sobie z tymi wszystkimi demonami, które tu przyłażą?
- A jak radzę sobie z wami? Wszystko działa na podobnych zasadach od przeszło dwustu lat, Ziggy – odparła z uśmiechem. – Demony mają swój raj na ziemi, mogą tu być kim chcą przez całą dobę, spełniać swoje fantazje i dziwaczne zachcianki bez potrzeby wyżywania się na śmiertelnikach. Moich skromnym zdaniem nie ma nic lepszego niż mój mały, spodlony klubik. Papierosa?
Ziggy i Stardust odmówili grzecznie, wciąż czując się nieco skrępowani. Emeline natomiast wyciągnęła jedno papierosa z paczki zębami, odpalając go od zabytkowej zapalniczki i zaciągając się dymem.
- Słyszałaś nowe wieści? – zagadnął na nowo Ziggy. Emeline pokręciła głową. – Podobno zakład chyli się ku końcowi.
Anielica patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, a papieros w jej dłoni rozpalał się powoli.
- Skąd o tym wiesz? – spytała rzeczowo.
- No, wiesz... słyszy się to i tamto w takich i owych miejscach...
- Niech zgadnę – Emeline skrzywiła się nieco – Maureen rozpuszcza plotki.
- Cóż... – Ziggy odchrząknął głośno. – Można tak powiedzieć.
Emeline zgasiła niedopałek w stojącej nieopodal popielniczce jakby właśnie straciła chęć na cokolwiek.
- Jeśli to prawda, to możemy się tylko cieszyć. Co może być lepszego niż powrót do korzeni, prawda? Do tego, co nam się od setek lat należało zamiast egzystowania tutaj, na powierzchni. Jeśli chodzi o rozwiązanie zakładu, to jestem pełna optymizmu...
- A co z twoim... – odezwała się nagle Stardust, ale Emeline obrzuciła ją takim spojrzeniem, że dziewczyna od razu umilkła.
- Będzie lepiej, jak już pójdziecie – oświadczyła dość chłodnym tonem. – I żebym was tutaj więcej nie widziała z narkotykami.
Demony zebrały się pospiesznie, kłaniając jeszcze w drzwiach. Gdy tylko wyszli z klubu, Stardust odetchnęła z ulgą.
- Rany, co mi strzeliło, żeby ją pytać o tego kochasia? – wyszeptała, wznosząc oczy ku niebu.
- Masz rację – nie mam pojęcia co ci strzeliło do głowy, kochana. Wiesz, że ona może nas udupić do końca naszej wiecznej egzystencji, prawda? A to oznacza bardzo, ale to bardzo długi czas...
- Wyrwało mi się, ok?! Wyrwało mi się... jak zawsze zresztą. – Stardust zasmuciła się odrobinę. – Mam za długi jęzor... Ale hej, widziałeś jej minę, gdy wspomniałeś o zakładzie?! Totalne zamroczenie i konsternacja, jej! Ona naprawdę się dyga, że straci swojego złotego chłopca!
- Też bym się bał zakończenia zakładu, gdybym na jej miejscu dawał się dupczyć demonowi. Osobiście zresztą również mi się to nie uśmiecha, bo w gruncie rzeczy całkiem nam tu dobrze, prawda?
- Prawda, dziubasku – odpowiedziała dziewczyna, obejmując go za szyję i całując w policzek.
- Jezu, nienawidzę jak tak do mnie mówisz – skarcił ją demon.
- Daj spokój, temu facetowi z telenoweli się to podobało.

***

Melanie nie widziała Rexa od kilku dni i zaczynało ją to martwić. Enigmatyczna karteczka zostawiona na jej poduszce, że wyjeżdża w interesach wcale nie polepszała sprawy. Poczuła się jak typowa porzucona kobieta – troszczył się o nią, przeleciał, a potem zostawił, gdy dostał co chciał. Na dodatek stan jej zdrowia był na tyle fatalny, że cieszyła się ze swojego przymusowego urlopu. Większość dnia spędzała w łóżku, podjadając krakersy, oglądając głupawe seriale w telewizji i co chwila zapadając w dość długie drzemki. W nocy natomiast spała jak zabita i obawiała się, że nie obudziłoby jej absolutnie nic. Czwartego dnia gehenny, gdy wciąż walczyła z mdłościami, wymiotami i potwornym bólem głowy, miała naprawdę dość i była gotowa podjąć się haniebnego w jej mniemaniu czynu, jakim było pójście do lekarza. Podnosiła się właśnie znad sedesu, ocierając twarz ręcznikiem, gdy poczuła coś bardzo dziwnego. Nie były to zwykłe mdłości czy burczenie w brzuchu, ale coś zgoła innego. Stanęła przed lustrem, przyglądając się swojej twarzy; mimo wciąż trwającej choroby wyglądała wprost kwitnąco. Jej cera nabrała pięknego koloru, jakby dopiero co wróciła z długich wakacji, włosy były lśniące i miękkie, a oczy błyszczące. Gdy patrzyła na siebie, starając się znaleźć w swoim wyglądzie chociaż jedno niedociągnięcie znowu to poczuła. Zupełnie jakby coś poruszało się wewnątrz niej, chcąc zaznaczyć swoją obecność. Przyłożyła dłonie do brzucha, który powiększył się nieco w ciągu ostatnich kilku dni. Zrzuciła to wszystko na karb choroby, jednak zaczynała mieć wątpliwości.
- Nie, to po prostu niemożliwe – mruknęła do siebie, potrząsając głową. Jednak znów to poczuła, tym razem dużo mocniej, jakby ktoś kopnął ją od środka. Wstrzymała powietrze, unosząc koszulkę nocną i przyglądając się swojemu ciału. O mało nie wrzasnęła, gdy zobaczyła jak skóra wybrzusza się lekko w jednym miejscu, łącząc synchronicznie z tym samym uczuciem, co wcześniej. Podsumowała w głowie wszelkie możliwe odpowiedzi na dręczące ją pytanie, a potem usiadła na brzegu wanny, wbijając wzrok w ścianę.
- Jezu... ten szatan zrobił mi dziecko.




MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Szablon wykonała Scarlet, tylko i wyłącznie dla deal! Chcesz podobny zamów na Goodies!


Główna Księga Bohaterowie Pokochaj
Autorka Linki


Spis Rozdziałów
Prolog , I , II , III , IV , V, VI, VII, Interludium, VIII

Darmowy licznik odwiedzin
Katalog stron