PowrótProlog
Dodano: poniedziałek, 16 listopada 2009 19:13:10
Komentarz: Dodaj komentarz
No i zaczyna się. Drugi raz zabrałam się za to opowiadanie i mam nadzieję, że tym razem będę z niego zadowolona. Na razie prolog, dość krótki, ale i tak się starałam, uwierzcie :D.
Życzę Wam miłej zabawy - o ile jesteście na tyle odważni ;).
***
Mgła była niewyobrażalnie wręcz gęsta jak na Nowy Jork. Gruba, półprzezroczysta smużka ciągnęła się od popękanego, zdeptanego tysiącami stóp chodnika, aż do połowy ścian otaczających go budynków. Wyglądała jak droga rozsnuta przez dobre duchy pośród licznych ślepych uliczek Manhattanu. Czuć było ciężkie, wilgotne powietrze, które sprawiało nieprzyjemne, wręcz drażniące nos uczucie, gdy tylko mocniej się nim zaciągnęło. Poczuła kropelki osadzające się na jej drobnej, szczupłej twarzy o wielkich, orzechowych oczach i wydatnych kościach policzkowych. Skrzywiła się mimowolnie; nigdy nie przepadała za nadmierną wilgocią. To dlatego nie mogła przyzwyczaić się do klimatu lasów równikowych, który tak uwielbiał Declan.
Stała nieco z boku chodnika, przylgnąwszy do chropowatego, zimnego muru budynku za jej plecami. Pozwoliła, by mgła owinęła jej chudziutkie nogi bandażem swojej ulotnej istoty i czekała. Na ulicy panowała zupełna cisza; w nielicznych rozpalonych oknach nie widać było żywego ducha, a latarnie wygasły w tajemniczy sposób. Słyszała dobiegające z oddali uderzanie kropli wody, spływającej z zardzewiałej rury, o kamienne płyty chodnikowe dwie przecznice stąd i prócz tego nic więcej. Zmarszczyła w niezadowoleniu cienkie, jasne brwi – nie lubiła, gdy cały proces się przedłużał, ale musiała zachować czujność aż do końca.
Wtem niedaleko niej rozległy się pospieszne, nerwowe kroki i ktoś wkroczył pomiędzy opary mgły, rozsuwając jej wstążki na boki. Moira spojrzała w kierunku wylotu uliczki i mimowolnie wstrzymała oddech.
- O, cholera – wyszeptała, wpatrując się z napięciem w twarz mężczyzny, który wbiegł właśnie w uliczkę.
Jednak to nie jego kroki wcześniej usłyszała – on poruszał się bezszelestnie, jakby w ogóle nie dotykał ziemi. Dopiero po chwili zauważyła towarzyszącą mu kobietę, sprawczynię całego hałasu i powód, dla którego Moira znalazła się w tym, a nie innym miejscu w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego stycznia.
Nieznajoma miała długie, potargane podczas szaleńczego biegu włosy i przejmująco wręcz niebieskie oczy. Nie jakieś tam szaro-niebieskie, zielonkawe czy coś, skąd – jej tęczówki były idealnie wręcz błękitne i Moira dostrzegała to nawet z odległości kilkunastu metrów, przy wysoce miernym oświetleniu. Wybałuszyła oczy na widok nieskromnego i niestosownego na tę pogodę stroju kobiety – miała bowiem na sobie kusą, czerwoną sukienkę oraz zarzucone byle jak futro, a do tego wysokie kozaki na obcasach. Bez dwóch zdań nie było to ubranie wskazane na wycieczkę po mroźnym i pogrążonym w mroku Nowym Jorku. On natomiast miał na sobie wykwintny, wełniany płaszcz sięgający aż do połowy łydek, spodnie od garnituru i starannie wypolerowane buty. Minęli ją bez słowa czy choćby spojrzenia, jakby w ogóle jej tam nie było. Moira silniej przylgnęła do ściany, dociskając do niej wystające łopatki i dłonie. Obserwowała ich zza kurtyny jasnych, cienkich włosów, nie śmiejąc nawet głębiej odetchnąć. Nagle tuż obok głów pędzącej pary przeleciał ognisty pocisk, ciśnięty przez napastników z końca alejki. Moira obróciła głowę szybkim ruchem, jednak mgła zagęściła się do tego stopnia, że nie mogła ich dojrzeć. Miała ochotę tupnąć nogą, ale uznała to za naprawdę dziecinne. Zastanawiała się, czy to sprawka któregoś z demonów, czy tylko jej dar płatał jej figle. Jedno było pewne – dziś nie zobaczy już niczego więcej.
Otworzyła gwałtownie oczy, szybko podciągając się na chudych ramionach i po omacku szukając w ciemności włącznika lampki nocnej. Wreszcie jej smukłe palce natrafiły na wypukły punkcik na szafce i wcisnęły go niecierpliwie. Niewielki pokoik, w którym znajdowało się jedynie sporej wielkości łóżko, na którym leżała, nieduża szafa dwudrzwiowa, ozdobiona orientalnymi ornamentami oraz stolik ustawiony przy łóżku, zalało pomarańczowe, drgające światło lampy. Moira odnalazła telefon komórkowy i szybko wybrała numer ukryty pod klawiszem z numerem jeden, a potem czekała, wsłuchując się w głuche, nudne sygnały. Wreszcie usłyszała cichy trzask, a następnie niewyraźny, zniekształcony głos po drugiej stronie słuchawki.
- Tak?
- Dec, przepraszam, ale sam kazałeś mi dzwonić o każdej porze dnia i nocy – wytłumaczyła się nieco roztrzęsionym głosem.
Zauważyła, że jej dłoń spoczywająca na jasnoróżowej kołdrze drży nienaturalnie, wstrząsana drgawkami. Wykrzywiła twarz w grymasie zaniepokojenia i wzięła kilka głębszych oddechów, by się uspokoić.
- Owszem, kazałem, tyle że to było sto lat temu... – wymamrotał mężczyzna i zaraz potem usłyszała głośne, długie ziewnięcie. – Co się stało, Moira? – spytał nieco konkretniejszym tonem.
- Widziałam go. – Nie wiedzieć, czemu zniżyła głos do szeptu. Przygryzła dolną wargę i postukała palcem w drewnianą ramę łóżka.
- Widziałaś? W wizji czy naprawdę? – zapytał wyraźnie już rozbudzony rozmówca. W tle słychać było szelest odsuwanej kołdry oraz szuranie stóp o podłogę.
- W wizji. Dopiero co się ocknęłam. Declan, on nie był sam, rozumiesz? Był z kobietą.
- Z kobietą mówisz... Ładna chociaż?
- Declan! – warknęła do słuchawki dziewczyna, tracąc powoli cierpliwość. Jej dłoń drżała coraz silniej. – Nie jest mi specjalnie do śmiechu. Nie widziałam go w wizjach od dobrych kilkuset lat, a nigdy nie było to przyjemne przeżycie.
- Nie gorączkuj się tak. Przewidziałaś coś jeszcze? Gdzie byli, kiedy, no wiesz, coś w tym rodzaju.
- Górny Manhattan, na milion procent. Tylko tam są tak zaniedbane domy. Możliwe, że przy Riverside Drive, ale nie jestem pewna. Wszędzie było pełno mgły, nie widziałam zbyt wyraźnie otoczenia. I, Declan, ktoś ich zaatakował. Obawiam się, że się zaczęło.
Długa, pełna napięcia cisza po drugiej stronie słuchawki. Moira nie wytrzymała i zerwała z siebie kołdrę, stawiając nogi na zimnej, drewnianej podłodze swojej sypialni.
- Dzwoń do Alaistera. Już po ciebie jadę.
***
Jego śniade, ukryte częściowo w cieniu oblicze było niezwykle skupione. Ciemne, szerokie brwi zmarszczyły się, a pomiędzy nimi pojawiła się głęboka bruzda. Pełne, pięknie wykrojone usta wykrzywiał grymas zniecierpliwienia i znudzenia. Nagle jego powieki rozwarły się, ukazując oczy o przekrwionych białkach i tęczówkach czarnych niczym węgle.
Nigdy nie przepadał za tą częścią swoich poszukiwań, ale wiedział, że była ona niezbędna do osiągnięcia sukcesu. Jak można coś znaleźć, nie szukając tego? W uszach wciąż słyszał miliony głosów, przemawiających do niego we wszystkich językach i dialektach świata. Potrząsnął lekko głową, usiłując się ich pozbyć, jednak wszelkie próby jak zawsze zakończyły się fiaskiem. I nagle to usłyszał – niewyraźny, rozmyty przez szum, błagalny, ale jednocześnie silny i dumny głos. Skupił się na nim, opierając dłonie o kolumny łoża. Powoli wyłapywał każdą głoskę, potem sylabę, sklecając je w słowa i wreszcie zdania, układając całą wypowiedź.
Proszę cię, zrobię wszystko. Wszystko, bylebyś ją tylko uratował. Niczego innego nie chcę, wiesz przecież, że nigdy nic ci nie powierzyłam. Ale teraz proszę – ocal ją.
- Mój Panie? – cichy, ostrożny głosik przebił się do jego świadomości.
Ponownie otworzył oczy, puszczając filar i wpatrując się w niewysokiego, smukłego chłopca przed sobą. Jego skręcone w gęste loki włosy miały barwę hebanu, a skóra połyskiwała lekko od potu. Błyszczące, pozbawione źrenic oczy barwy bursztynu wpatrywały się w niego badawczo. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i poklepał chłopca po policzku.
- Co się stało, Angelo? Znowu biegałeś wzdłuż ognistego jeziora? Jesteś strasznie zgrzany.
Chłopak uśmiechnął się szelmowsko, błyskając jasnymi zębami przypominającymi perły.
- Wiem, że wsłuchiwałeś się w modlitwy, nie chciałem ci przeszkadzać, ale przybył Aiden. Mówi, że chciałby się z tobą zobaczyć jak najszybciej – oświadczył Angelo, zakładając ręce za siebie i prostując się dumnie.
- I co mu powiedziałeś? – zapytał zaintrygowany mężczyzna.
- Że Lucyfer ma ważniejsze sprawy na głowie, niż jego niezapowiedziana wizyta i żeby poszedł do diabła.
Lucyfer roześmiał się głośno, przymykając ciemne oczy. Angelo również się uśmiechnął, kpiąco i nieco zalotnie. Mężczyzna minął go, podchodząc do ogromnego zwierciadła i przyglądając się sobie z naganą.
- Ten ziemski humor naprawdę ci służy, mój mały. Mnie natomiast przebywanie w Podziemiu nie służy ani trochę.
- Czemu się tym przejmujesz, panie?
- Bo nie sposób uwieść śmiertelniczkę, wyglądając jak siedem nieszczęść – odparł Lucyfer, przeczesując swoje cienkie, czarne włosy. – Będzie mi potrzebny eliksir, Angelo. I to szybko.
Jasne oczy chłopca rozbłysły nagle, na twarzy pojawiły się ledwo zauważalne przez jego karnację rumieńce.
- Znalazłeś ją?!
Lucyfer uśmiechnął się szeroko do swojego mało w tej chwili przystojnego odbicia.
- Można tak powiedzieć.
35 komentarzy
Następne 123 Poprzednie
|
zosiekponiedziałek, 9.sierpnia.2010, 21:23 213.238.94.244
|
|
|
Bardzo ciekawie :)
Zapraszam do mnie :)
|
|
Mickiśroda, 27.października.2010, 12:31 195.22.97.79
|
|
|
Bardzo ciekawe. Dodaje do ulubionych i sledze ^^
M.
|
|
Everwtorek, 30.listopada.2010, 11:04 178.182.78.109
|
|
|
Ever lubić. Ever lubić opowiadanie. I szablon Ever też lubić.
A tak, już się nie zgrywając, cholernie intrygujące. Sam pomysł ciekawy, dobry, taki trochę tajemniczy. Ale dobrze rozegrałaś prolog. Zaciekawiłaś mnie i zostawiłaś wiele niedomówień. Będę teraz czekać na dalszy rozwój akcji. I jak widać, w tym oczekiwaniu nie będę osamotniona.
Kiedyś, to było dawno temu, czytałam pewne opowiadanie, w którym główną rolę grał Lucyfer. Naśmiałam się przy nim co niemiara. Mam nadzieje, że Twoje opowiadanie pokocham nie mnie.
Pozdrawiam,
(wspomniana wyżej)
Ever
|
|
nightswtorek, 30.listopada.2010, 11:08 178.182.78.109
|
|
|
I zapraszam do siebie.
Jeszcze raz,
Ever
|
|
PerKilimpiątek, 8.kwietnia.2011, 22:24 83.2.186.2
|
|
|
Już nie mogę doczekać się dalszych wydarzeń. Napracowałaś się nie na darmo, moim zdaniem świetna robota :]
|
Szablon wykonała Scarlet, tylko i wyłącznie dla deal! Chcesz podobny zamów na Goodies!